UPDATE command denied to user 'nflzosnsstrona'@'10.14.20.18' for table 'nfl24_settings' NFL 24 - Twoje centrum informacji o lidze NFL i Futbolu Amerykańskim - Artykuły: P1F: Buzz
Nazwa użytkownika
Hasło

Zapamiętać?
Zapomniane Hasło?
Szukaj:


UPDATE command denied to user 'nflzosnsstrona'@'10.14.20.18' for table 'nfl24_articles'
  P1F: Buzz
Jak zapewne doskonale zdajecie sobie sprawę. Jako fan sam codziennie przekopuję się przez dziesiątki, jeśli nie setki, najróżniejszych artykułów, newsów i plotek dotyczących NFL. Wszystko by być na bieżąco. Poza oczywistymi zaletami jak najświeższe informacje, czy bezpośrednie wywiady z ludźmi, do których chociażby ja jako autor swoich tekstów nie mam dostępu. Pojawiają się też dość rażące braki. Nie wiem czy to po prostu moje wrażenie, czy też inni zwyczajnie nie zwracają na to uwagi. Według mnie ogromna większość osób pisząca artykuły o tym sporcie zwyczajnie go nie rozumie.
Sam jestem daleki od porównywania się z takimi ludźmi jak Bill Belichick, Dick LeBeau i całą resztą prawdziwych geniuszy. Ostatecznie nie jestem trenerem, a autorem artykułów. Trochę dziwnie czuję się jednak czytając tekst pewnego autora (nie będę podawał nazwiska bo nie chcę nikogo dyskredytować, musicie mi zaufać, że to jeden z bardziej znanych redaktorów w Stanach Zjednoczonych), który stwierdza, że jego zdaniem potencjał pewnego zawodnika mógłby być lepiej wykorzystany w innej drużynie. Natomiast dwa zdania dalej przyznaje, że nie jest fanem X&O. Innymi słowy wszystkiego co można nazwać aspektami taktycznymi tego sportu. Od razu rodzi się pytanie, na jakiej podstawie doszedł do takich wniosków. Bo skoro nie chodziło tu o ustawienia, formacje i zagrania to o co? Można mówić wiele, ale nie wystarczy po prostu dorzucić dobrego skrzydłowego do świetnego rozgrywającego. Trzeba wszystko dobrze rozpisać, zmylić obronę, która z pewnością zrobi wszystko by ograniczyć rywala. Jeśli spojrzymy na to na zasadzie "QB ma silną rękę, a WR pędzi jak opętany, więc to przepis na sukces." to zwyczajnie tracimy czas jako fani tego sportu i jako osoby, które chcą o nim rzeczowo dyskutować.

Dlatego raz na jakiś czas (z pewnością nie regularnie, coby was nie zamęczyć) na łamach P1F pojawi się tekst, w którym będę próbował uczyć tego jak nie patrzeć na football tylko przez pryzmat wielkich nazwisk i daleko latających piłek. Postaram się pokazać jak wiele pracy i zasług należy się obmyślającym strategie trenerom. Być może pozwoli to wszystkim czytelnikom i fanom tego sportu widzieć go z nieco innej strony. Moim zdaniem znacznie ciekawszej, w której zwykłe podanie kończące się zdobyciem ledwie dziesięciu jardów, może okazać się większym mistrzostwem niż kilka razy dłuższe i zakończone nawet przyłożeniem.

Oczywiście nie tworzyłbym takiego wstępu, gdybym nie miał w planach już w tym tygodniu poruszyć tej tematyki. Zajmę się czymś co w dzisiejszych przepełnionych podaniami czasach zeszło na dalszy plan. Chodzi mi oczywiście o grę dołem. Stara dobra zasada mówi, że żeby wygrywać trzeba nie tylko biegać, ale i potrafić biegaczy rywala zatrzymać. Wielu może się z tym nie zgodzić patrząc chociażby na Indianapolis Colts (ostatnie miejsce w lidze pod względem przebiegniętych jardów, a zagrali w Super Bowl). To doskonały przykład wyjątku potwierdzającego regułę. Ten natomiast z łatwością można stłamsić faktem, że w minionym finale zostali pokonani przez Saints, którzy mogą pochwalić się szóstą średnią zdobywaną przez swoich RB. Zresztą, czy to nie Jets pokonali tak świetnie grających podaniem Chargers? Czy Arizona zaszłaby tak daleko dwa lata temu bez posiadania w swoich szeregach najlepszego biegacza w play off (Edgerrin James)? Wreszcie czy ofensywa Vikings byłaby tak oszałamiająca gdyby nie obecność Adriana Petersona? Czy można przejść obojętnie obok wyczynu Chrisa Johnsona? Pytania, pytania, pytania, wszystkie pozostawiają tylko jedną odpowiedź - z biegiem trzeba się liczyć.
Na dobrą grę dołem nie składa się oczywiście tylko jedna gwiazda. Niezwykle istota jest tu również linia ofensywa, a także full back. Tak, FB jest moim zdaniem kluczowym elementem dobrze funkcjonującej w taki sposób ofensywy. Wiele słyszy się, że to wymierająca pozycja. Poniżej postaram się jednak pokazać jak diametralnie zmienia się sytuacja w obliczu jego obecności na boisku.

Istnieje wiele formacji zakładających obecność FB na boisku, najbardziej podstawowa oznaczona jest po prostu literą "I", poniżej znajdziecie jej schemat. Jak się domyślam wygląda znajomo.



Generalne założenie jest takie, że spodziewamy się biegu. W tej sytuacji podstawowym celem jest wypełnienie każdej luki. Chodzi oczywiście o to by RB nie znalazł sobie miejsca pomiędzy naszymi obrońcami. Jak wyraźnie widać na poniższej grafice jest ich siedem. Jeśli nie wiedzieliście wcześniej, teraz prawdopodobnie domyśliliście się dlaczego podstawą każdej obrony jest siedmiu zawodników, niezależnie od tego czy mowa tu o ustawieniu 4-3, czy 3-4.



To jednak prosta część. Dlaczego? Chociażby dlatego, że linia ofensywa nie stoi w miejscu jak rząd pachołków. Może przesuwać się czy to w prawą, czy w lewą stronę. Oczywiście sprawia to, że przemieszczają się dodatkowo wszystkie luki, które musimy wypełnić. Obrońcy muszą być więc absolutnie świadomi tego co dzieje się na boisku. Ostatecznie tylko ofensywa wie, w którą stronę chce się przesunąć, co już na starcie oznacza przewagę. Załóżmy, że startujemy z podstawowej formacji. Innymi słowy mamy na boisku nasze front seven niezależnie od jego układu oraz po dwóch CB i S. Właśnie tak przeważnie postępujemy widząc na boisku FB, który automatycznie ogranicza ilość skrzydłowych do dwóch. Nie musimy więc dodatkowo wzmacniać secondary. Pewnie, strategie mogą być inne, ale na potrzeby tego przykładu działamy na standardach.
No właśnie, skoro już jesteśmy przy tym panu stojącym bezpośrednio za QB. Przecież on też może dostać piłkę i zdobyć kilka jardów, prawda? Le'Ron McClain z Ravens i Leonard Weaver z Eagles to doskonałe przykłady FB, którzy potrafią zrobić krzywdę defensywie. Innymi słowy dochodzi nam kolejna osoba do pilnowania. Tym samym można to potraktować jako obecność kolejnej luki, która dodatkowo przemieszcza się wzdłuż całej linii. Trzeba więc wyznaczyć kolejnego zawodnika do zwracania na niego szczególnej uwagi. Zwłaszcza kiedy na tyłach ofensywy znajduje się ktoś naprawdę utalentowany, nie można pozwolić sobie na żadne pomyłki. Ktoś taki bez wątpienia wykorzysta problemy rywala, choćby oznaczało to zmianę planów i zwyczajne pobiegnięcie w drugą stronę.
Oczywiście nie możemy włączyć do obrony przed biegiem żadnego z CB, chyba że nasz safety to Ed Reed, który poradzi sobie w samodzielnym kryciu skrzydłowego. Ten wariant jednak odrzucamy, bo to luksus, na który niewielu może sobie pozwolić. Pojawia się zatem pytanie, który z pary S powinien wypełnić powstałą lukę?

Rozsądniej byłoby wybrać strong safety z uwagi na z reguły potężniejszą budowę i lepsze predyspozycje do zatrzymywania akcji biegowych. Pojawia się tylko jeden problem, a jest nim znajdujący się naprzeciw SS tight end. Każdy rozsądny QB widząc, że jego zawodnik jest niepilnowany od razu poda do niego piłkę. Nawet jeśli trener zarządził atak dołem. Wybieramy zatem FS. Raz jeszcze chciałbym przypomnieć, że linia może być w ruchu. Zatem od graczy z pozycji LB i właśnie safety należy wymagać doskonałego przeglądu pola. Muszą w przeciągu kilku sekund zidentyfikować kierunek i odpowiednio się do niego dostosować. Poniżej widzicie sytuacje, w której zdecydowano się na bieg samym środkiem. Jest to standardowy atak w tej formacji. Jak widać drugi linebacker skupia się na FB, podczas gdy FS wypełnia pozostawioną przez niego lukę.



To najbardziej standardowa sytuacja, mimo wszystko kombinowania trochę jest. Co może dać pogląd na temat tego jak musi wyglądać obrona w sytuacji kiedy na boisku znajduje się np. trzech skrzydłowych. Jest się nad czym nagłowić, prawda?
Później należy przełożyć to wszystko na umiejętności indywidualne zawodników naszych i oczywiście rywala. Trzeba też brać pod uwagę ewentualne alternatywy. RB może ostatecznie ominąć linię bez piłki w rzeczywistości czekając na podanie. Zajęci przepychanką z linią ofensywą obrońcy, mogą nie być w stanie odpowiednio szybko do niego dotrzeć. Wtedy SS znajdujący się przy TE i dwóch CB kryjących duet skrzydłowych rywala chcąc uniemożliwić mu odbiór podania, zmuszeni będą pozostawić kogoś niepilnowanego.

Pomyśleć, że ostatecznie całe to zamieszanie wprowadził jeden jedyny, przez wielu niezauważany Full Back.

***


W porządku, na dziś koniec męczenia was "nudnymi" taktycznymi sprawami. Jeśli natomiast ciekawi jesteście o czym chcę pisać w dalszej części, oświecę was już teraz - New York Jets.

Zdecydowanie najgłośniejszy zespół w trakcie trwającego offseason. Moje spostrzeżenia?
Plus - narobili wokół siebie dużo szumu.
Minus - narobili wokół siebie dużo szumu.

Paradoks? Oczywiście, że tak. Football to jednak sport, w którym tak niedorzeczne rzeczy mają miejsce. Ba, można powiedzieć, że jest im tu dobrze jak nigdzie indziej. Stany to podobno miejsce gdzie niemożliwe staje się możliwe. Gdyby natomiast wybrać miasto, które jest kwintesencją tego moim zdaniem faktycznie wspaniałego kraju. Nowojorczycy z pewnością mogliby dumnie wypiąć pierś. Ich klub (Giants to mimo wszystko bardziej New Jersey) od dwóch ostatnich sezonów zdaje się uosabiać model, który jest tak charakterystyczny właśnie dla amerykańskiego stylu bycia. Postawić wszystko na jedną kartę, będąc pełnym optymizmu i ostatecznie odnieść sukces, lub spaść na dno. Jaki los czeka Odrzutowce? Tu odpowiedzi nie znajdziecie. Prędzej zrozumienie istoty paradoksu, o którym przeczytać możecie nieco wyżej. Zaufajcie mi, że ten bez wątpienia odbije się na nadchodzącym sezonie.

Wróćmy jednak na linię startową. Wielu upatruje początek "nowej ery" w pojawieniu się nowego trenera. Moim zdaniem agresję i głód sukcesu Jets pokazali już decydując się na podpisanie umowy z Brettem Favre. Skończyło się bynajmniej nie najlepiej, choć takie spektakularne sukcesy jak przerwanie zwycięskiej passy Titans. Szybko zwróciło wiele zainteresowanych spojrzeń. Trener Rex Ryan czuje się natomiast w takim otoczeniu znakomicie. To właśnie on jest przede wszystkim odpowiedzialny za spektakularny sukces Jets. No ale nie mógłbym z czystym sumieniem patrzeć tylko na koniec poprzedniego sezonu.

Zwycięska kampania zaczęła się bowiem rok temu. W trakcie poprzedniego draftu, kiedy to po wymianie właściciele klubu z NY mogli pozyskać swojego rozgrywającego Marka Sancheza. Co okazało się sporą niespodzianką. W tym samym naborze zdobyli również skarb w postaci Shonna Greene, na którym opierała się ofensywa tego klubu w play off. Pewnie, wiemy jak wszystko się zakończyło, ale w trakcie sezonie bywało różnie. Mimo wszystko rozgrywki regularne były jak prawdziwa huśtawka. Początkowo seria trzech wygranych, by chwilę później grać z bilansem 4-6. Później kolejne trzy zwycięstwa. Dodatkowo epizody niczym żenujące starcie z Falcons (przegrana 10-7 u siebie). Mimo wszystko ostatecznie znaleźli się w rozgrywkach posezonowych. Bądźmy szczerzy, nawet gdyby Jets rozpoczęli kolejny mecz bez jakiejkolwiek zmiany w swoim składzie, oczekiwania byłyby ogromne. Mimo wszystko nowojorczycy nie mieli tego w planach.

W zasadzie nie mieli też w planach zwykłych transferów. Dlatego bynajmniej nie zwracali uwagi na byle graczy. Zwykły CB im nie wystarczył, więc zdecydowali się na All-Pro z 2007 roku - Antonio Cromartie. Potrzebowali wzmocnić linię defensywną? Kto byłby lepszy niż Jason Tylor, który w 2006 roku zdobył tytuł najlepszego obrońcy w lidze? Problemy w ofensywie załatali LaDainianem Tomlinsonem MVP z 2006 roku i Santonio Holmesem czyli Super Bowl XLIII MVP.
Teraz niech któryś mądry odpowie mi na jedno proste pytanie. Czy naprawdę poza Super Bowl istnieje cokolwiek, co nie zostanie uznane za zwyczajną porażkę? Patrząc na ten zespół, na wszystkie nazwiska, na sztab trenerski i wymagających ponad wszelką miarę nowojorskich kibiców. Jestem naprawdę ciekaw co stanie się jeśli drużyna nie sięgnie po puchar Lombardiego i jeśli ostatecznie nie zabierze go ze sobą do domu. Ba! Co w wypadku kiedy Patriots i Dolphins pozbawią ich szansy na granie po zakończeniu sezonu regularnego?

Koniec jest jednak niepewny. Nie oszukujmy się, to nie Jets pokonali poprzednio Chargers. Gracze z San Diego zwyczajnie podarowali im bilet do finału konferencji. Ten sezon może zakończyć się nawet wcześniej. Moim zdaniem jest zbyt wiele niewiadomych i choć te mogą wpłynąć na ostateczny sukces. Jest też spora szansa, że pociągną swój zespół na dno. Od przyszłego sezonu zabraknie Thomasa Jonesa, który był najpewniejszym punktem ofensywy Odrzutowców. Szczególnie w trakcie dwóch poprzednich lat, podczas których zanotował łącznie 27 przyłożeń i dwukrotnie znajdował się w pierwszej piątce ligi jeśli chodzi o łączną ilość zdobytych jardów. Mimo wszystko duet Greene-Tomlinson może okazać się znacznie gorszy niż wielu oczekuje. Niedoświadczeni biegacze mają tendencję do znacznego zaniżania lotów, a przyszły członek Hali Sław może już nie mieć w, alegorycznie mówiąc, baku wystarczająco paliwa, żeby pociągnąć grę dołem. Z drugiej strony niepewny jest również rozwój młodego rozgrywającego. Sanchez to moim zdaniem ogromny talent (osobiście uważam go za lepszego od Matthew Stafforda), niemniej jednak młodzi QB to zawsze wiele wątpliwości. Jakby tego było mało wspomniani Cromartie i Holmes mogą wprowadzać niechciane zamieszanie w szatni.

Jaki będzie finał? To przyjdzie nam zobaczyć na początku nadchodzącego lutego (kto wie, może nawet wcześniej), kiedy ostatni gwizdek zakończy Super Bowl i jednocześnie skaże nas na kolejny dłużący się offseason. Chyba, że Pro Bowl wróci na poprzednie miejsce, na co bym jednak nie liczył. Z całą pewnością ciekawa sprawa nie tylko dla kibiców, ale i każdego kto choć trochę interesuje się tą ligą.

***


Rzucając natomiast ostatnie spojrzenie na zakończony draft i trzymając się tematyki poruszanej w tym numerze. Poniżej znajdziecie kilka rzeczy, które mogły i w zasadzie poruszyły wszystkimi bezpośrednio, czy też pośrednio zainteresowanymi. No ale oczywiście nie będzie tu tylko o wymianach. Postaram się też zwrócić uwagę na zawodników, którzy sami musieli być solidnie zaskoczeni słysząc swoje nazwiska tak późno. Ewentualnie tak wcześnie zwłaszcza patrząc na kilka niespodzianek, których wcześniej nikt nie brał pod uwagę.

Trzeba przyznać, że w tym roku na rynku transferowym było naprawdę gorąco. Oczywiście prócz standardowych wymian numerkami, co już z pewnością kojarzy się niektórym niebezpiecznie z matematyką, a to z kolei potrafi wywołać niebezpieczne zniechęcenie. Dlatego też porzucę tą kwestię. Pojawiły się również transfery samych zawodników. Te natomiast były na tyle ciekawe, że aż trudno nie poświęcić chwili, by dokładnie się im nie przyjrzeć.

Wydaje mi się, że najgłośniej było w obozie Raiders. O dziwo nie dlatego, że pozbawili się najbardziej produktywnego ze swoich obrońców - ILB Kirk Morris w zamian za możliwość podskoczenia kilka pól wyżej. Rezultat? Jacoby Ford kolejna rakieta z Clemson. To ten sam chłopak, który jeszcze nie tak dawno popisał się rewelacyjnym czasem w sprincie na 40 jardów. Innymi słowy Raiders dwa lata z rzędu położyli łapy na najszybszym skrzydłowym. Podobnie jak zeszłoroczny sprinter - Darrius Heyward-Bey musi solidnie popracować nad tym by ze zwykłego biegacza zmienić się w prawdziwego zawodnika. Choć dla niektórych to nadal wiedza zakazana (pozdrawiamy Ala Davisa), szybkość sama w sobie dobrego gracza nie czyni. Mimo wszystko każdej obronie trudno będzie nadążyć za tym duetem.
Piłki będzie dostarczał im nikt inny, a Jason Campbell. Nie wiem jak wyjdzie mu zamiana z czerwono-żółtych barw Redskins na charakterystyczną dla swego nowego klubu czerń. Mam jednak przeczucie, że przeprowadzka do Kalifornii okaże się dla niego prawdziwą gwiazdką z nieba. Washington, który do tej pory sukcesywnie niszczył jego karierę ciągłą rotacją sztabu szkoleniowego. Znalazł sobie nową ofiarę w postaci Donovana McNabba pozyskanego oczywiście z Eagles. Z drugiej strony Raiders są już zmęczeni żałosną postawą ich niegdysiejszego pierwszego wyboru w draftcie (w tym samym, w którym do ligi dołączył Adrian Peterson, Darrelle Revis i chociażby Patrick Willis). Dlatego JaMarcus Russell może zacząć obawiać się o swoją pozycję. Czy to nie kibice klubu z Oakland są pierwszymi, których twarze ozdobił radosny uśmiech, kiedy świat dowiedział się o tej wymianie? Bez wątpienia.

Co dalej? Dalej też działo się wiele, choć może nie tak spektakularnie. Bryant McFadden, który opuścił Steelers po zdobyciu ich ostatniego tytułu mistrzowskiego, wrócił na stare śmieci. Jak na ironię ostatni sezon spędzając w drużynie, której po części też tego najwyższego lauru pozbawił. Mam tu na myśli oczywiście Arizonę Cardinals. Innymi słowy Ike Taylor znowu ma po drugiej stronie boiska kogoś na kim można polegać. To ponownie secondary, które pomogło drużynie z Pittsburgha wygrać Super Bowl.
Seattle Seahawks postanowili natomiast wzmocnić grę dołem, która zdecydowanie wymagała podreperowania. Nie zrobili tego jednak poprzez draft - jak wielu się spodziewało, typując C.J. Spillera na ich pierwszy wybór. Zamiast tego popisali się dwoma niezłymi wymianami. Pierwsza dotyczyła Leona Washingtona, który nie znalazł dla siebie miejsca w zespole po wyleczeniu kontuzji. Drugi to natomiast skądinąd doskonale znany z gry na USC obecnemu trenerowi (Pete Carroll) biegacz z Tennessee Titans - LenDale White. Spotkanie ze starym szkoleniowcem, brak fenomenalnego Chrisa Johnsona i fakt, że Washington nawet ponownie w świetnej formie będzie dodatkowo funkcjonował w special teams. Sprawia, że White zdaje się być pewnym starterem w zbliżającym się sezonie.

To nie tylko moja opinia na temat tego co wydarzyło się w trakcie minionego weekendu. To zdanie wielu nie tylko "zwykłych widzów", ale także prawdziwych ekspertów. Co mam przez to na myśli? To, że było bardzo, bardzo (coby nie być w tej chwili wulgarnym) ciekawie. Głównie za sprawą kilku naprawdę niespodziewanych wyborów, które elektryzowały publikę, wprawiały samych kandydatów w rozpacz lub skrajne szczęście i sprawiały, że od początku do końca było na czym oko zawiesić.

Wspominałem już o tym przy okazji pisania o całej pierwszej rundzie, ale naprawdę nie mogę się w tej sytuacji nie powtórzyć. Powoli zaczyna boleć mnie głowa od prób dojścia do tego, co powodowało właścicielami Jaguars kiedy decydowali się na Tysona Alualu. Nie można odmówić mu talentu, konsekwentnej gry na wysokim poziomie i fajnego nazwiska. Tylko czy to naprawdę wystarczająco na pierwszą rundę? Zwłaszcza kiedy nadal w zasięgu ręki są tacy gracze jak Derrick Morgan. Ktoś w Jacksonville musiał zobaczyć w tym chłopaku coś czego ja przynajmniej nie mogłem zauważyć. W takich chwilach naprawdę chciałbym mieć możliwość uczestniczenia w wywiadach prowadzonych przez sztab trenerski z kandydatami na przyszłych podopiecznych. Jestem bardzo ciekaw tego, jak ostatecznie potoczą się losy gracza z Cal. Tym bardziej, że narobił wokół siebie tyle szumu.

Skoro natomiast jesteśmy przy liniowych. Co powiecie na tak niską pozycję Eversona Griffena? Byłego gracza USC wielu uważało za przyszłego członka Saints, czy Colts. Tymczasem skończył w Vikings. Wybrany bardziej lub mniej szczęśliwie (w zależności od tego jaki kto ma stosunek do numerologii) z setnym numerem. Ma na miejscu wszystko czego może potrzebować młody gracz, chcący grać na najwyższym poziomie. Tyle tylko, że jak widać jego problematyczny charakter jest poważniejszym problemem niż można było się spodziewać. To właśnie to musiało być głównym powodem jego niskiej pozycji. Stąd trudno ostatecznie stwierdzić czy nie skończy jako kolejna marnująca swój talent potencjalna gwiazda. Ostatecznie i na szczęście dla Vikings. Nawet jeśli to przynajmniej nie będą płakali za stratą wyższego picka.

Hej, co powiecie na Joe McKnighta w Jets? Pewnie, dziury po odejściu Washingtona trzeba było łatać. To tam jednak mniej istotne. Mark Sanchez znowu ma swojego starego biegacza za plecami. Nie ma to jak spotkać kolegę ze słonecznej Kalifornii w Nowym Jorku. Widać cuda czasem się zdarzają.

Jesteśmy przy biegaczach więc nie sposób nie wspomnieć o strzale w dziesiątkę Steelers. Jonathan Dwyer nadal dostępny, kiedy przyszła pora na 188. wybór? Tu naprawdę nie trzeba było posiadać zdolności nadprzyrodzonych bu przewidzieć co się stanie. Pittsburgh szukał potężnego RB, który mógłby doskonale uzupełniać Rasharda Mendenhalla. Zrobili to uważanym za jednego z najlepszych biegaczy. Dzięki niech będą nietypowej ofensywie drużyny Georgia Tech. Ostatnie zdanie należało do fana Steelers.

Widać ciąg pozostanie zachowany, bo nadal pojawi się Pittsburgh. Tym razem jednak jako drużyna uniwersytecka, która wychowała gracza pokroju Dorina Dickersona i puściła w świat, by ostatecznie został wybrany przez Texans jako 227. zawodnik. Dlaczego tak nisko? Może dlatego, że fenomenalne warunki fizyczne sprawiały, że trenerzy sami nie mieli pomysłu co z nim zrobić i rzucali go to na pozycję FB, to WR, to TE, czy nawet LB. Dobry szkoleniowiec i jasno postawiony cel, a Houston będzie niezwykłe szczęśliwe widząc co będzie w stanie zrobić w duecie z Owenem Danielsem.

Uruchamiamy szare komórki i błyskawicznie dochodzimy do wniosku, że najbliżej TE na boisku stoi nikt inny, a OT. Jaki ofensywny liniowy mógłby się tu znaleźć? Oczywiście Bruce Campbell, który po tym jak wielu uważało go za wybór Raiders w pierwszej rundzie (z moją skromną osobą włącznie). Ostatecznie trafił do nich w czwartej. Świetna okazja dla Raiders - bez dwóch zdań.

Wiecie od czego jest OL? Macie 50% szans na poprawną odpowiedź, ale tym razem was wyręczę. Między innymi chroni swojego rozgrywającego. Doprawdy wiele działo się w tym roku jeśli o tą "najważniejszą pozycję w sporcie" chodzi. Pierwsza runda już za nami, ale głosy o tym co zrobiło Denver wybierając Tima Tebowa, jeszcze długo będą grzmiały w oddali. Tymczasem Jimmy Clausen uważany za drugiego quarterbacka w tym roku, został zaciągnięty dopiero z 48. numerem przez Panthers. Hej, druga runda to dobra runda, a świetna gra dołem i obecność takiego WR jak Steve Smith tylko ułatwią mu życie. Skoro już jesteśmy przy drużynie z Caroliny. Pamiętacie te głosy, które tak uparcie dręczyły wszystkich powtarzając, że Panthers nie mają żadnego solidnego QB? Właściciele chyba wzięli sobie to do serca, skoro na ich życzenie z 204. numerem przywędrował do nich Tony Pike. Mieli problem? No to teraz mają dwóch rozgrywających uważanych za top 5 tegorocznej grupy.

Nie, nie, nie to jeszcze nie koniec. Wiecie co ma wspólnego Colt McCoy, Steve Young, Joe Montana i Brett Favre? Fajne towarzystwo swoją drogą, dość niespodziewane, ale jednak. Wszystkich tych panów łączy osoba trenera Holmgrena. Nie wiem czy w historii ligi jakiś coach dokonał ze swoimi QB tyle co on. W tym roku zobaczył coś w byłym graczu z Texasu. Wiele dobrego może z tego wyniknąć. No albo możemy oglądać drugą część tak dobrze znanej nam telenoweli. Tyle tylko, że w roli głównej już nie Brady Quinn.

Na samym końcu coś o czym powiedzieć po prostu trzeba. Jakkolwiek możecie mnie później wyśmiać, zbluzgać, przestać czytać Po Pierwsze Football, etc.
Panie i Panowie, tegoroczny Mr. Irrelevant, mierzący 178 cm i ważący kg Tiiiiiiiiiiiim Tone. Bez żartów - chłopak jest całkiem niezły.

Piotr Kuśnierzowski
Pedro@nfl24.pl

Kopiowanie jakichkolwiek tekstów lub materiałów ze strony bez zgody administratorów jest zabronione
UPDATE command denied to user 'nflzosnsstrona'@'10.14.20.18' for table 'nfl24_settings'UPDATE command denied to user 'nflzosnsstrona'@'10.14.20.18' for table 'nfl24_settings'